Wiele wody w Odrze upłynęło i wiele wódki wypito od ostatniego kacowego, wpisu mego. Nie oznacza to bynajmniej, że na dwa miesiące nastał jaki post, że pokłóciliśmy się z alkoholem, wprowadzono prohibicję, mamy wszczepę, albo że (Boże, przebacz) przestaliśmy lubić procenty. Wcale też się nie ożeniliśmy, nie przebudziliśmy się Jehowcami, ni innymi abstynentami. Brak wpisów spowodowany był li tylko brakiem czasu na owe archiwizowanie na bieżąco kolejnych bib. Czas ten bowiem wypełniała nam naprzemiennie praca (bo było trochę nowych projektów) z piciem (bo było trochę nowych alkoholi). I tak od śledzika bawiliśmy się i pracowaliśmy w kratkę, szkocką kratkę. Nadejszła jednak chwila na opisanie kilku ważniejszych wydarzeń z naszego hulaszczego światka. Blog przecież istnieje i żyje. Jeszcze nie zginął, póki my pijemy (i póki wódka trwa).
Wielki plan / I właśnie teraz mam ochotę na klapsa…
Od janowego śledzika było bib trochę. A to urodziny niektórzy mieli, a to święta przeróżne były, spotkania, odwiedziny, plenery. Siedzieliśmy, piliśmy lulki paliliśmy. Jednakże myli się ten, kto sądziłby, że bezproduktywnie spędzaliśmy owy czas… Dnia pewnego pogodnego Jan[usz] (inżynier, co to o mleku i piwie wie syćko co można) zaproponował, cobyśmy zrobili własne piwo. Nie musiał mnie i Kielsona specjalnie do tego namawiać. Zgodziliśmy się prędko niczym napalone nastolatki na pitingowe przytulanki-macanki. KOLEGiAlnie postanowiono: naważymy sobie piwa! W oka mgnieniu Jan zamówił niezbędny sprzęt, który równie szybko nam przysłano. Dwa duże baniaki, bagażnik wody Primavera, sekretne syropy słodowe, kapsle i kilka narzędzi. Musieliśmy zdobyć jeszcze circa 50 butelek, co – jak się okazało – nie było zbyt trudne, przy naszym poziomie konsumpcji. Następnie zakasaliśmy rękawy i podwinęliśmy kiece i wzięliśmy się do roboty, czyli jak to ładnie się mówi: rozpoczęliśmy pracę. Janusz koordynował całą operację, ja byłem od czytania książki z zaleceniami, a kędzierzawy Kielson odpowiadał za marketing i estetykę produktu końcowego (dlatego piwo się tak elegancko prezentuje). Piwo po kilku spotkaniach (niestety tajemnica produkcji i ściśle tajna receptura zobowiązuje mnie do pominięcia opisu procesu ważenia) piwo było w butelkach i czekało na swój dzień wielkiej chwały. Zupa chmielowa w ilości około 50 butelek nazwana została przez nas „Klapsem gumienieckim”. „Klaps” miał swą premierę tuż po świętach Big Night, kiedy to niczym szampana otworzyliśmy pierwszą butelkę! Po zagraniu w kamień nożyczki i papier wyszło na to, że ja jako pierwszy mam spróbować napoju bogów i jeśli nie padnę w ciągu minuty, napiją się i kolejni browarnicy (czytaj: Janusz, bo Kielson „już, już wychodził”). Piwo okazało się superbombowosmaczne. Dodatkowo Klapsa charakteryzuje gęsta, obfita pianka, wysoki poziom nasycenia bąbelkami, przyjemna goryczka, i klarowny złocisty kolor. To sprawiło, że Klapsów prędko zaczęło ubywać z naszej piwniczki. Jest jednak jeszcze mały zapas, a w planach są już: powiększenie gamy piw, zwiększenie produkcji, usprawnienie i przyspieszenie wytwarzania. Popyt bowiem przewyższa podaż, mimo iż… (uwaga, to jest najlepsze) koszt produkcji jednej, półlitrowej butelki Klapsa wyniósł… ponad 10 złotych!
ekoNOm party / one more drink and then I’ll go
Była też historyja moja grubaśna podczas potańcówki żaków ekonomistycznych. Zawędrowałem do Dama (albo Damieg0) Mykochającegonartowego, który uraczył mnie absolutnie wódeczką, a następnie wybrał się ze mną do klubu przy ulicy Czarnieckiego, gdzie cały dancing miał miejsce. Tamże spożyliśmy jeszcze parę piw, co okazało się zgubne, bowiem alkoholowa petarda z opóżnionym zapłonem jaka uderzyła mi w tętnice okazała się zajebiaszczym, niemieckiej produkcji Achtungiem z namalowaną czaszką. Nie mogłem więc tego normalnie przetrzymać. Nie wchodząc w szczegóły, bo ten blog czytają także dzieci napiszę krótko, że wróciłem do domu o szóstej, ale razem ze mną nie wróciły: moja komóreczka, moja kredytowa karteczka i moja skórzana kurteczka…. Było więc jak napisałem na początku: grubaśnie. Wódce mówimy więc stanowcze „NO”, bo zbyt dużo kosztuje.
Mniejszy kaliber / picie powszednie
Było też bez liku mniejszych poPIJAWEK. A to z Warcabsem przy bilardzie albo w Szafie, a to z MaryJanem w Piwnicy pod Trzcinami, a nawet i ze starą gwardią licealną, czyli trzema muszkieterami dwa razy pięknymi w… plenerze – no bo gdzież by indziej? Przecież nie w lokalu… Było też kino, kawiarnia i spacer obfitujące w trunki takie czy owakie. Nawet pewnego wieczoru skusiłem się na szklaneczkę łyżki, dzięki której odkryłem nowe mięśnie mojej twarzy, podczas tak obfitych i kuriozalnych grymasów goszczących na mej facjacie po każdym łyku. Skończyło się więc na tej szklaneczce. Także działo się sporawo, ale niestety czasem zbyt wielki kacenjamer mi doskwierał by to od razu opisywać. Na szczęście teraz nie piję już od 3… godzin
i mogłem przysiąść do klawiatury bez drżących palców, co znacznie przyspieszyło trafianie w odpowiednie klawisze i w konsekwencji stworzenie tego wpisu. A teraz, cóż… czas iść się napić
, ale zanim to nastąpi podzielić pragnę się z Wami swą mądrością, którą właśnie w myślach ubrałem w ładne słowa. Zapamiętajcie więc moi Mili i stosujcie ją. Mądrość owa, to następujące słowa: Nie wstyd nie wypić, lecz wstyd nie pragnąć tego uczynić!


“Ale ja nie wiem o czym rozmawiam, z kim ja rozmawiam I o co w ogóle chodzi” – tymi słowami podsumowany został film „L4y3r cake”, który zmęczyliśmy – a może raczej, który zmęczył nas – wczoraj w Piwnicy pod Trzcinami. Starożytni, choć nie znali jeszcze filmu, ale nie obce było im ciasto, mieli na taki chłam trafne określenie – „GNIOTUS TOTALUS”. Nie wiem czym odurzał się scenarzysta, gdy pisał tę zagmatwaną historię, ale musiało to nieźle ryć beret. Może nie jestem tytanem intelektu i może nawet przysnąłem na filmie, ale żeby cztery głowy, w tym jedna inżynierska (tak, tak będziemy to podkreślać na każdym kroku) nie zrozumiały o co chodzi w filmie?! Być może miało chodzić właśnie o to, żeby każdy sobie dopowiedział o co chodziło… Z filmu zapamiętałem jedynie Siennę Miler w wyborowej scenie a także słowo „fuck” użyte 210 razy (to 2 słowa fuck na minutę) – it’s fuckin’ awesome! Ale to i tak pryszcz na dupie Maryni, bo w filmie pod zaskakującym tytułem „Fuck” z 2005 roku użyto tego słowa aż 824 razy… No cóż, ambitne kino bez dwóch zdań (zdań ze słowem fuck oczywiście). Zainteresowanych odsyłam do strony
Dokładnie w 7 dni lub po tygodniu – nie pamiętam dokładnie – umówiliśmy się z inżynierem na takie sobie lekkie spotkanko przy browarku. Ot, takie tradycyjne posiedzenie przy telewizyjnej papce serwowanej przez bezpłatne ogólnopolskie stacje TV. Skoro bezpłatne, to domyśleć się możecie, że oglądaliśmy z początku maraton natrętnych, głośnych reklam: nie jakiegoś lekarstwa, a Rutinoscorbinu; pieluszek Pampers stworzonych z miłości do dzieci; środków na zgagę i zaparcia po rybce; doskonałych proszków i wybielaczy a także superbombowych ofert jak wydać kasę na nowy wszystkomający (sic!) telefon… Nieco później uruchomiliśmy więc sprzęt HI TECH – Mantę i odtworzyliśmy kolejny (choć wg innych wersji ponownie ten sam) odcinek Kompanii braci. I znów byłby to wieczór jak każdy, czyli piwko do snu, lecz nie dziś, lecz nie dziś!
Et voila! Oto wyśmienita okazyja jest, aby założyć internetowy blog, w którym dokumentować można będzie i archiwizować wszelkie tańce, hulanki i swawole. Ot tak, ku pamięci, aby nie zapomnieć o najznakomitszych ekscesach, przezabawnych sytuacjach czy największych bibach. A, że nasze życie obfituje w takie przeróżne hulaszcze zabawy warto je spisać. (Odrębną sprawą jest to, że czasem następnego dnia już znacznej części zeszłonocnych harców się nie pamięta…) Także stało się. Oto 12 lutego Anno Domini 2009 nasz bibowy blog oficjalnie został powołany do życia! (Czy to już wystarczająca okazja, aby dziś coś wypić?