h1

Are we human or are we alcoholic? Maybe both?

25 Kwiecień 2009

KLAPSWiele wody w Odrze upłynęło i wiele wódki wypito od ostatniego kacowego, wpisu mego. Nie oznacza to bynajmniej, że na dwa miesiące nastał jaki post, że pokłóciliśmy się z alkoholem, wprowadzono prohibicję, mamy wszczepę, albo że (Boże, przebacz) przestaliśmy lubić procenty. Wcale też się nie ożeniliśmy, nie przebudziliśmy się Jehowcami, ni innymi abstynentami. Brak wpisów spowodowany był li tylko brakiem czasu na owe archiwizowanie na bieżąco kolejnych bib. Czas ten bowiem wypełniała nam naprzemiennie praca (bo było trochę nowych projektów) z piciem (bo było trochę nowych alkoholi). I tak od śledzika bawiliśmy się i pracowaliśmy w kratkę, szkocką kratkę. Nadejszła jednak chwila na opisanie kilku ważniejszych wydarzeń z naszego hulaszczego światka. Blog przecież istnieje i żyje. Jeszcze nie zginął, póki my pijemy (i póki wódka trwa).

Wielki plan / I właśnie teraz mam ochotę na klapsa…
Od janowego śledzika było bib trochę. A to urodziny niektórzy mieli, a to święta przeróżne były, spotkania, odwiedziny, plenery. Siedzieliśmy, piliśmy lulki paliliśmy. Jednakże myli się ten, kto sądziłby, że bezproduktywnie spędzaliśmy owy czas… Dnia pewnego pogodnego Jan[usz] (inżynier, co to o mleku i piwie wie syćko co można) zaproponował, cobyśmy zrobili własne piwo. Nie musiał mnie i Kielsona specjalnie do tego namawiać. Zgodziliśmy się prędko niczym napalone nastolatki na pitingowe przytulanki-macanki. KOLEGiAlnie postanowiono: naważymy sobie piwa! W oka mgnieniu Jan zamówił niezbędny sprzęt, który równie szybko nam przysłano. Dwa duże baniaki, bagażnik wody Primavera, sekretne syropy słodowe, kapsle i kilka narzędzi. Musieliśmy zdobyć jeszcze circa 50 butelek, co – jak się okazało – nie było zbyt trudne, przy naszym poziomie konsumpcji. Następnie zakasaliśmy rękawy i podwinęliśmy kiece i wzięliśmy się do roboty, czyli jak to ładnie się mówi: rozpoczęliśmy pracę. Janusz koordynował całą operację, ja byłem od czytania książki z zaleceniami, a kędzierzawy Kielson odpowiadał za marketing i estetykę produktu końcowego (dlatego piwo się tak elegancko prezentuje). Piwo po kilku spotkaniach (niestety tajemnica produkcji i ściśle tajna receptura zobowiązuje mnie do pominięcia opisu procesu ważenia) piwo było w butelkach i czekało na swój dzień wielkiej chwały. Zupa chmielowa w ilości około 50 butelek nazwana została przez nas „Klapsem gumienieckim”. „Klaps” miał swą premierę tuż po świętach Big Night, kiedy to niczym szampana otworzyliśmy pierwszą butelkę! Po zagraniu w kamień nożyczki i papier wyszło na to, że ja jako pierwszy mam spróbować napoju bogów i jeśli nie padnę w ciągu minuty, napiją się i kolejni browarnicy (czytaj: Janusz, bo Kielson „już, już wychodził”). Piwo okazało się superbombowosmaczne. Dodatkowo Klapsa charakteryzuje gęsta, obfita pianka, wysoki poziom nasycenia bąbelkami, przyjemna goryczka, i klarowny złocisty kolor. To sprawiło, że Klapsów prędko zaczęło ubywać z naszej piwniczki. Jest jednak jeszcze mały zapas, a w planach są już: powiększenie gamy piw, zwiększenie produkcji, usprawnienie i przyspieszenie wytwarzania. Popyt bowiem przewyższa podaż, mimo iż… (uwaga, to jest najlepsze) koszt produkcji jednej, półlitrowej butelki Klapsa wyniósł… ponad 10 złotych!

ekoNOm party / one more drink and then I’ll go
Była też historyja moja grubaśna podczas potańcówki żaków ekonomistycznych. Zawędrowałem do Dama (albo Damieg0) Mykochającegonartowego, który uraczył mnie absolutnie wódeczką, a następnie wybrał się ze mną do klubu przy ulicy Czarnieckiego, gdzie cały dancing miał miejsce. Tamże spożyliśmy jeszcze parę piw, co okazało się zgubne, bowiem alkoholowa petarda z opóżnionym zapłonem jaka uderzyła mi w tętnice okazała się zajebiaszczym, niemieckiej produkcji Achtungiem z namalowaną czaszką. Nie mogłem więc tego normalnie przetrzymać. Nie wchodząc w szczegóły, bo ten blog czytają także dzieci napiszę krótko, że wróciłem do domu o szóstej, ale razem ze mną nie wróciły: moja komóreczka, moja kredytowa karteczka i moja skórzana kurteczka…. Było więc jak napisałem na początku: grubaśnie. Wódce mówimy więc stanowcze „NO”, bo zbyt dużo kosztuje.

Mniejszy kaliber / picie powszednie
Było też bez liku mniejszych poPIJAWEK. A to z Warcabsem przy bilardzie albo w Szafie, a to z MaryJanem w Piwnicy pod Trzcinami, a nawet i ze starą gwardią licealną, czyli trzema muszkieterami dwa razy pięknymi w… plenerze – no bo gdzież by indziej? Przecież nie w lokalu… Było też kino, kawiarnia i spacer obfitujące w trunki takie czy owakie. Nawet pewnego wieczoru skusiłem się na szklaneczkę łyżki, dzięki której odkryłem nowe mięśnie mojej twarzy, podczas tak obfitych i kuriozalnych grymasów goszczących na mej facjacie po każdym łyku. Skończyło się więc na tej szklaneczce. Także działo się sporawo, ale niestety czasem zbyt wielki kacenjamer mi doskwierał by to od razu opisywać. Na szczęście teraz nie piję już od 3… godzin ;) i mogłem przysiąść do klawiatury bez drżących palców, co znacznie przyspieszyło trafianie w odpowiednie klawisze i w konsekwencji stworzenie tego wpisu. A teraz, cóż… czas iść się napić :P , ale zanim to nastąpi podzielić pragnę się z Wami swą mądrością, którą właśnie w myślach ubrałem w ładne słowa. Zapamiętajcie więc moi Mili i stosujcie ją. Mądrość owa, to następujące słowa: Nie wstyd nie wypić, lecz wstyd nie pragnąć tego uczynić!

h1

„Weźmy 0,7l to akurat wystarczy”

24 Luty 2009

Wyjrzał śledzik ze słoika: -Cóż to znowu za muzyka?! Proszę skończyć już to granie! Drogi panie-marcepanie! Por nie zdzierżył!- o tej porze Każdy się zabawić może! Też się przytul do cebuli Która leży bez koszuli! Przytaknęła i marchewka Różowiutka, świeża, krewka; To ostatnie nasze chwile- Nie słuchajmy go i tyle!- Do rodzynek stu, w pierniku Weź, zastanów się śledziku! On ma feler, rzeknie seler- Myśli, że jest Rockefeller… Lecz go szczypie ocet w oczy, Jeszcze chwilka-nie podskoczy! -Oczywiście, oczywiście!- Szumią od pietruszki liście; Zanim post nastanie, Nic po nas nie pozostanie…! Śmieją się też pomidory Nawet ten zielony-chory… Ze śledzika w marynacie, Co próbował rządzić w chacie!

sledzik

h1

A pis of lajer, lejer or lojer kejk…

23 Luty 2009

 

cake__by_mnoo“Ale ja nie wiem o czym rozmawiam, z kim ja rozmawiam I o co w ogóle chodzi” – tymi słowami podsumowany został film „L4y3r cake”, który zmęczyliśmy – a może raczej, który zmęczył nas – wczoraj w Piwnicy pod Trzcinami. Starożytni, choć nie znali jeszcze filmu, ale nie obce było im ciasto, mieli na taki chłam trafne określenie – „GNIOTUS TOTALUS”. Nie wiem czym odurzał się scenarzysta, gdy pisał tę zagmatwaną historię, ale musiało to nieźle ryć beret. Może nie jestem tytanem intelektu i może nawet przysnąłem na filmie, ale żeby cztery głowy, w tym jedna inżynierska (tak, tak będziemy to podkreślać na każdym kroku) nie zrozumiały o co chodzi w filmie?! Być może miało chodzić właśnie o to, żeby każdy sobie dopowiedział o co chodziło… Z filmu zapamiętałem jedynie Siennę Miler w wyborowej scenie a także słowo „fuck” użyte 210 razy (to 2 słowa fuck na minutę) – it’s fuckin’ awesome! Ale to i tak pryszcz na dupie Maryni, bo w filmie pod zaskakującym tytułem „Fuck” z 2005 roku użyto tego słowa aż 824 razy… No cóż, ambitne kino bez dwóch zdań (zdań ze słowem fuck oczywiście). Zainteresowanych odsyłam do strony http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_films_that_most_frequently_use_the_word_%22fuck%22 , gdzie można sprawdzić, które filmy warto puścić dzieciom, by nauczyły się kilku przydatnych słów i – jak to mówił pewien znany nauczyciel j. angielskiego – gdy powie Ci ktoś „fuck you” nie odpowiadać „thank you”. Ale dość już o tym gniocie. Fuck it. Teraz co nieco o wczorajszym spotkaniu…

Mityng nasz był dość ciekawy. Między innymi za sprawą Janusza, który to wysłał nas po pizzę nie do tej pizzerii, w której zamawiał danie, a do innej. Po czym powiedział jeszcze do Kielsona „Ty to dobry jesteś”. Na szczęście po pizzę zdążyliśmy, bo Kielson jest specjalistą w robieniu wszystkiego „za pięć dwunasta”, dlatego i za pięć jedenasta udało się placek z szynką zdobyć. Janusz zaserwował do pizzy sos przestrzegając Kielsona słowami „Tylko uważaj, żeby Ci nie kapnęło na dywan”. Na co Kielu zapytał: „tak jak Tobie tutaj?!” wskazując jednocześnie na świeżą plamę po sosie pod nogami Jasiowego… Jasiu odpowiedział coś w stylu „bep, bep” i dodał „weź sobie jakiś karton i zjedz na nim” :D Nieco później przybył Marian z wielkim apetytem na ambitny film Almodowara (Którego nikt nie zna oprócz Mariana, bo wszyscy przyznają się, że gustują w durnych komediach, a tylko Mar się z tym kryje, a w domu pewnie cichaczem ogląda i się zaśmiewa do łez . To zupełnie tak jak w gimnazjum każdy mówił „Ty, a wczoraj w Klanie widziałem… yyy to znaczy, jadłem obiad i przełączałem kanały i przypadkowo natrafiłem akurat na scenę, w której…” Apel do Mariana – skończ te undergroundowe oglądanie i ujawnij się, powiedz kim naprawdę jesteś i jaką masz orientację… na film. Będzie Ci lżej. :D ). Marian obejrzał jednak z nami „Przekładańca” – notabene rzadko spotykane, dosłowne tłumaczenie tytułu zagranicznego! Nie wiem czy to pizza, późna pora czy ten Przekładaniec nas tak wprawił w senny nastrój błyskawicznie, że koło pierwszej się pozbieraliśmy i pojechaliśmy do domów w rytmach przedoskonałej muzyki, a może raczej w rytmach zjebanego radia…

Fin

P.S. Dla tych, którzy jednak chcieliby wiedzieć o co cho w filmie: http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=20476

h1

Spontaniczne pępkowe, czyli ród T. rośnie w siłę!

17 Luty 2009

Dokładnie w 7 dni lub po tygodniu – nie pamiętam dokładnie – umówiliśmy się z inżynierem na takie sobie lekkie spotkanko przy browarku. Ot, takie tradycyjne posiedzenie przy telewizyjnej papce serwowanej przez bezpłatne ogólnopolskie stacje TV. Skoro bezpłatne, to domyśleć się możecie, że oglądaliśmy z początku maraton natrętnych, głośnych reklam: nie jakiegoś lekarstwa, a Rutinoscorbinu; pieluszek Pampers stworzonych z miłości do dzieci; środków na zgagę i zaparcia po rybce; doskonałych proszków i wybielaczy a także superbombowych ofert jak wydać kasę na nowy wszystkomający (sic!) telefon… Nieco później uruchomiliśmy więc sprzęt HI TECH – Mantę i odtworzyliśmy kolejny (choć wg innych wersji ponownie ten sam) odcinek Kompanii braci. I znów byłby to wieczór jak każdy, czyli piwko do snu, lecz nie dziś, lecz nie dziś!
Zabijcie w werble, zadmijcie w trąby, cieszcie i radujcie się, bo oto narodził się nam nowy kompan! Zaiste pośród nas pojawił się kolejny chłop  na 102. A tym dorodnym towarzyszem jest młody bratanek inżyniera, który jeszcze wg informacji redakcji, imienia nie ma, toteż nadajemy mu tymczasowy pseudonim „Inżynierek 1”, jako że z inżynierem spokrewniony a i mniejszy od niego z pewnością. Inżynierek 1 przyszedł na nasz ziemski padół o 21 godzinie 16 lutego, czym z pewnością uradował swą rodzinę najbliższą, ale także i nas, towarzyszy inżyniera seniora.
Jako, że nowy gość na świecie jest, tako trzeba było wypić jego zdrowie, co by mu dopisywało przez lat wiele. Takoż uczynili my i wypili po trzy piwka dyskutując o tym, kim będzie jak będzie dorosły i jak to będzie, gdy zasili szeregi familii T., którzy wtenczas z pewnością trząść będą dzielnicą niczym rodzina Soprano swoją. Oto bowiem rodzina T. liczy już sześciu chłopów, a to tylko dlatego, że inżynier senior (Janusz) nie ma jeszcze potomka. Choć zakłady są, że gdy mieć będzie, będzie to potomek męski także. Strach się bać i strach pomyśleć, co to będzie za lat kilka… Całe szczęście, że my z T. dobre stosunki mamy – może z nas haraczy ściągać czy zastraszać w przyszłości nie będą…
I to koniec tej historyjki, krótkiej, acz ważnej bezsprzecznie. Nasza grupa trzymająca władzę gratuluje wszystkim T. i życzy najlepszego najmłodszemu, u którego na pierwszych urodzinach w suterenie była, kto wie… może i na 18 nas zaprosi też tam… Na razie jednak T. rosną w siłę, a niedługo z pewnością będzie z nich niezła KOMPANIA BRACI T.

*Wszelkie podobieństwa osób i zdarzeń są przypadkowe.

h1

Inż = Kac

12 Luty 2009

Et voila! Oto wyśmienita okazyja jest, aby założyć internetowy blog, w którym dokumentować można będzie i archiwizować wszelkie tańce, hulanki i swawole. Ot tak, ku pamięci, aby nie zapomnieć o najznakomitszych ekscesach, przezabawnych sytuacjach czy największych bibach. A, że nasze życie obfituje w takie przeróżne hulaszcze zabawy warto je spisać. (Odrębną sprawą jest to, że czasem następnego dnia już znacznej części zeszłonocnych harców się nie pamięta…) Także stało się. Oto 12 lutego Anno Domini 2009 nasz bibowy blog oficjalnie został powołany do życia! (Czy to już wystarczająca okazja, aby dziś coś wypić? :) ). Yuhu!

Jak napisałem na początku, jest znakomita okazja, aby takie dokumentowanie rozpocząć. Oto nasz brat po kieliszku, Janek T. (znany szerszemu gronu jako Janusz aka „sam masz”) wzniósł się na wyżyny intelektualne i zdobył tytuł INŻ (dla tych, co go jeszcze nie mają i może nie wiedzą co to, tłumaczę – inżynier). Jako, że nawet brak okazji jest wystarczającą okolicznością, aby się spotkać (podobnie jak i pierwszy poniedziałek, wtorek, etc. w tym tygodniu) tym bardziej takie wydarzenie! Tako żeśmy się spiknęli na zawołanie bojowe Janusza, które każdy chyba zna, a brzmi ono „Cześć, co tam dziś wieczorem robisz?”. Stała gwardia, której składu wymieniać nie muszę (ale mogę, więc to uczynię), czyli inż Janusz, Marion, Kiel i skromny autor pojawili się punktualnie (to znaczy, każdy o sobiej wybranej godzinie) w pierwszej mecie Gumieniec, to jest w Piwnicy pod Trzcinami. Tam, w miejscu gdzie każda kanapa ma swoje imię, na pólkach stoi kolekcja fajek wodnych, a kąty kryją niezliczoną ilość przeróżnych skarbów (czytaj: butelek, puszek i szklanek) zasiedliśmy i zaczęliśmy. 

Najpierw powoli jak żółw ociężale, ruszyli my z Janem ospale. Szarpnęliśmy szklanice i ciągniemy z mozołem, whiski z colą i Finlandię z rosołem. Biegu przyspieszył Kielson, który pojawił się z lekkim poślizgiem, co ma we krwi już chyba, koło 22. Kędzior dołączył się do butelki i już było z górki. I pijemy: jeden, drugi, piąty. A przed naszymi oczętami mary jakieś powstawały;  nowe fatamorgany jawiły nam się po każdym kielonie:

Po pierwszym krowy, a – drugim konie,
Po trzecim widzieliśmy same grubasy,
co siedziały i jadły tłuste kiełbasy.
A potem olbrzymi stos zielonych bananów,
A po piątym ujrzałem sześć fortepianów,
Po szóstym armata, o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
Po siódmym dębowe stoły i szafy,
Przy ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
Po dziewiątym – same tuczone świnie,
A po dziesiątym – kufry, paki i skrzynie,
A tych kielonów było jesszcze ze trzydzieści,
Co widzieliśmy później – w głowie się nie mieści.

I tak piliśmy za każdą literkę nowego przedrostka inżyniera Janusza. A więc poszło za i, za en, za żet, za kropkę, za y, za en raz jeszcze i za i też, e gorsze być nie mogło, oraz eRRRR jak Rolls Royce też się pchało, a na koniec a powiedziało „a”, więc my „be” powiedzieć też musieli. I tak od szklaneczki do szklaneczki, a potem trochę morelowej fajeczki… Do tego raczyliśmy się raczyć nowym fantastycznym serialem, który przyniosłem, a którego tytuł brzmi „Band of brothers”. Oglądaliśmy ze dwa odcinki o żołnierzach walczących podczas II wojny światowej, a potem smagani przez przyjemnie ciepłe powiewy dochodzące z… wentylatora „zasnęliśmy jak jeden mąż” jak to powiedział Kielson, który to pierwszy się przebudził i do domu pospieszył, bo z rana na kurs SPAWAcza stawić się musiał. A Jot, eM i ja pospaliśmy jeszcze do czwartej i w końcu uczyniliśmy coś, co Marian uwielbia w jasiowych zabawach najbardziej, czyli wyszliśmy na mrozek i pocisknęliśmy do domów. Ot i tak cała historyja mogłaby się zakończyć. Niby standardowo, niby bez nadzwyczajnych ekscesów i może nie warta nawet odnotowania, gdyby nie fakt, że piliśmy z panem inżynierem technologii żywienia, który wie o mleku tyle, że głowa mała, a przecież nie wyssał tego z mlekiem matki (mamy Jasia).

Koniec i bomba, kto czytał ten trąba i stawia flachę pod pachę.

*Wpis wzbogacony został o elementy fikcji literackiej.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.