
A pis of lajer, lejer or lojer kejk…
23 Luty 2009
“Ale ja nie wiem o czym rozmawiam, z kim ja rozmawiam I o co w ogóle chodzi” – tymi słowami podsumowany został film „L4y3r cake”, który zmęczyliśmy – a może raczej, który zmęczył nas – wczoraj w Piwnicy pod Trzcinami. Starożytni, choć nie znali jeszcze filmu, ale nie obce było im ciasto, mieli na taki chłam trafne określenie – „GNIOTUS TOTALUS”. Nie wiem czym odurzał się scenarzysta, gdy pisał tę zagmatwaną historię, ale musiało to nieźle ryć beret. Może nie jestem tytanem intelektu i może nawet przysnąłem na filmie, ale żeby cztery głowy, w tym jedna inżynierska (tak, tak będziemy to podkreślać na każdym kroku) nie zrozumiały o co chodzi w filmie?! Być może miało chodzić właśnie o to, żeby każdy sobie dopowiedział o co chodziło… Z filmu zapamiętałem jedynie Siennę Miler w wyborowej scenie a także słowo „fuck” użyte 210 razy (to 2 słowa fuck na minutę) – it’s fuckin’ awesome! Ale to i tak pryszcz na dupie Maryni, bo w filmie pod zaskakującym tytułem „Fuck” z 2005 roku użyto tego słowa aż 824 razy… No cóż, ambitne kino bez dwóch zdań (zdań ze słowem fuck oczywiście). Zainteresowanych odsyłam do strony http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_films_that_most_frequently_use_the_word_%22fuck%22 , gdzie można sprawdzić, które filmy warto puścić dzieciom, by nauczyły się kilku przydatnych słów i – jak to mówił pewien znany nauczyciel j. angielskiego – gdy powie Ci ktoś „fuck you” nie odpowiadać „thank you”. Ale dość już o tym gniocie. Fuck it. Teraz co nieco o wczorajszym spotkaniu…
Mityng nasz był dość ciekawy. Między innymi za sprawą Janusza, który to wysłał nas po pizzę nie do tej pizzerii, w której zamawiał danie, a do innej. Po czym powiedział jeszcze do Kielsona „Ty to dobry jesteś”. Na szczęście po pizzę zdążyliśmy, bo Kielson jest specjalistą w robieniu wszystkiego „za pięć dwunasta”, dlatego i za pięć jedenasta udało się placek z szynką zdobyć. Janusz zaserwował do pizzy sos przestrzegając Kielsona słowami „Tylko uważaj, żeby Ci nie kapnęło na dywan”. Na co Kielu zapytał: „tak jak Tobie tutaj?!” wskazując jednocześnie na świeżą plamę po sosie pod nogami Jasiowego… Jasiu odpowiedział coś w stylu „bep, bep” i dodał „weź sobie jakiś karton i zjedz na nim”
Nieco później przybył Marian z wielkim apetytem na ambitny film Almodowara (Którego nikt nie zna oprócz Mariana, bo wszyscy przyznają się, że gustują w durnych komediach, a tylko Mar się z tym kryje, a w domu pewnie cichaczem ogląda i się zaśmiewa do łez . To zupełnie tak jak w gimnazjum każdy mówił „Ty, a wczoraj w Klanie widziałem… yyy to znaczy, jadłem obiad i przełączałem kanały i przypadkowo natrafiłem akurat na scenę, w której…” Apel do Mariana – skończ te undergroundowe oglądanie i ujawnij się, powiedz kim naprawdę jesteś i jaką masz orientację… na film. Będzie Ci lżej.
). Marian obejrzał jednak z nami „Przekładańca” – notabene rzadko spotykane, dosłowne tłumaczenie tytułu zagranicznego! Nie wiem czy to pizza, późna pora czy ten Przekładaniec nas tak wprawił w senny nastrój błyskawicznie, że koło pierwszej się pozbieraliśmy i pojechaliśmy do domów w rytmach przedoskonałej muzyki, a może raczej w rytmach zjebanego radia…
Fin
P.S. Dla tych, którzy jednak chcieliby wiedzieć o co cho w filmie: http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=20476
Zamiast oglądania tego filmu, mogłeś wydrukować napisy i z Twojego czytania to chyba więcej byśmy zrozumieli
koniecznie proszę obejrzeć to, wiele się wyjaśni:
http://www.youtube.com/watch?v=5nTf-3voweE
Kompanio Braci – znajdźcie lepiej jakiś link do tej muzyki, której słuchaliśmy w samochodzie
Cały czas o tym myślę – chcę usłyszeć znów, podajcie jakiś tytuł, wykonawcę, czy coś radio, w którym to zagrano
To było chyba Euro Radio czy jakiś taki syf.
Euro Radio nie jest syfem, ty bluźniercze
Jak nie, jak tak, skoro puszcza taki szmelc?
No nie jest.
Prędzej Radio złote przeboje, bo raz puściło George’a Michaela!